Metoda Talara

Profesor Jan Talar, najsłynniejszy w Polsce rehabilitant, wybudza ludzi ze śpiączki. Ratuje życie w sytuacjach często uznanych przez innych lekarzy za beznadziejne. Ale co jest ważniejsze, komisje, definicje i obiektywne kryteria – czy ludzkie życie

Profesor Talar ma dziś nie lada kłopoty: najsłynniejszego w Polsce rehabilitanta zwolniono z kliniki, którą sam zakładał. Nieoczekiwanie i w najgorszym z możliwych momentów. Wkrótce, jak zapowiada, ma ogłosić wyniki swoich wieloletnich badań i doświadczeń.

Profesora Talara znają w Bydgoszczy niemal wszyscy. Stworzona przez niego przed sześciu laty klinika rehabilitacji przy Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika cieszy się stałym zainteresowaniem nie tylko lokalnych dziennikarzy. Trudno przecież nie interesować się działalnością profesora, którego sława już dawno wyszła poza bydgoskie opłotki, lekarza przez pacjentów kochanego i uznawanego niemal za cudotwórcę, a przez środowisko lekarskie uważanego za postać, delikatnie mówiąc, kontrowersyjną.

Jak ćwiczyć to indywidualnie

Za niemal cud można by uznać już samo istnienie kliniki. Nowoczesny oddział wyposażony w drogi sprzęt zdaje się obcym ciałem w dość siermiężnym bydgoskim szpitalu uniwersyteckim. Ale większym cudem jest to, co dzieje się w tej niewielkiej, bo liczącej tylko 32 łóżka klinice. Stosując nowoczesne metody fizjoterapii, psychoterapii, logopedii, usprawnia się tu pacjentów po ciężkich urazach, z obrażeniami narządów ruchu, po uszkodzeniach rdzenia kręgowego, po udarach mózgu, z zaburzeniami świadomości.

Jednak specjalnością kliniki i jej twórcy stało się wybudzanie ze śpiączki; często dotyczy to pacjentów w stanie, zdawałoby się, beznadziejnym. Na ścianach kliniki zawisły fotografie i podziękowania przywróconych życiu pacjentów. Zdjęcie uśmiechniętego rzeszowskiego żużlowca Piotra Winiarza wiszące w dawnym sekretariacie profesora naprawdę robi wrażenie. Nic dziwnego, że w kolejce do kliniki czeka stale kilkaset osób, a wiele z nich nigdy się do niej nie dostanie

Ci, którzy się dostaną, będą traktowani jak partnerzy, a nie jak dopust boży. Będą czuli obecność swoich rodzin. To nie sami lekarze, terapeuci i pielęgniarki, to także matki, ojcowie, synowie i córki pacjentów, stale tu bywający, tworzą rodzinną atmosferę. Postronny obserwator, który przypadkowo znajdzie się na korytarzu kliniki, może przeżyć olśnienie. Widać, że nie tylko lekarze, pielęgniarki, terapeuci tu się starają. Starają się pacjenci i ich matki, ojcowie, córki i synowie. Pacjenci odmawiają przyjmowania pomocy od pielęgniarzy. Oni chcą sami. Przecież pani doktor powiedziała, że trzeba ćwiczyć ręce – tłumaczy chłopiec z nieruchomymi nogami, poruszający się na wózku. Słychać krzyki innego chłopca ćwiczącego z terapeutą trudne dla niego ruchy nóg. – Co ten twój syn tak krzyczy, nie przesadza? – zagaduje starsza pani prowadząca za rękę ciężko poruszającego nogami młodego mężczyznę. – Może będzie miał lepszy głos – odpowiada półżartem młoda kobieta. Najwyraźniej wie, że ból jej synka nie idzie na marne. Że ten ból go uzdrowi. Poza tym tu pacjentowi poświęca się więcej czasu niż gdzie indziej: nie ma ćwiczeń i terapii zbiorowych, a przez to mało „wydajnych”; wszystkie są indywidualne.

Wykorzystać ostatnią szansę

Pierwszego pacjenta płk prof. Talar, pochodzący z Radomia absolwent Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, wybudził ze śpiączki 30 lat temu. Do dziś 60-letniemu obecnie profesorowi udało się uratować ponad 200 osób. Twierdzi, że udawało się wyprowadzić z ciężkiej śpiączki 9 na 10 przyjętych do kliniki pacjentów. – To odwrócenie światowych proporcji – komentuje swoje osiągnięcia. Jednak te proporcje w świecie rehabilitantów dość powszechnie są kwestionowane. Argumenty: profesor najchętniej przyjmował młodych ludzi, którzy mają dość sił, by zawyżyć statystyki. – Uczono mnie, że jeśli człowiek ma uraz pnia mózgu, to jest to wyrok śmierci i nie ma sensu się takim człowiekiem zajmować. Los go tak pokarał, że musi umrzeć – mówił w jednym z wywiadów. – Ale jeśli dzieje się tak, że ludzie z takim urazem mogą odzyskać przytomność, psychikę, pamięć, mogą chodzić, podjąć naukę czy pracę, to sytuacja się zmienia.

Metoda Talara polega – w uproszczeniu – na jednoczesnym stosowaniu wielu bodźców. Lekarze i terapeuci pobudzają różne zmysły pacjentów. – Wszystkie metody, które stosujemy, są znane fizjoterapeutom i rehabilitantom. Brakuje odwagi na ich stosowanie, bo po co brać sobie na głowę ludzi w ciężkim stanie? – mówił przed kilkoma miesiącami. On sam brał ich sobie na głowę, leczył, wielu wyleczył, a sukcesami dzielił się z dziennikarzami kolorowej i mniej kolorowej prasy.

„To cud, że syn z tego wyszedł… – matce łamie się głos. – Ciężko nam, bo i pieniędzy brakuje, i do lekarzy specjalistów z Patrykiem dostać się nie sposób, ale jesteśmy razem. Wszyscy czworo, dzięki Bogu” – to fragment jednego z licznych reportaży o pacjentach profesora Talara. Nic dziwnego, że Talara zaczęto uważać za jednego z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie nie tylko w Polsce, lecz także na świecie.