Trwa zmowa milczenia wokół zabijania ludzi

Uważa Ojciec, że tak zwana śmierć mózgowa to fikcja, a przecież pojęcie to stanowi kryterium, na podstawie którego obecnie w bardzo wielu przypadkach orzeka się zgony pacjentów.

 

- Śmierć mózgowa to wyłącznie stan prawny. Bo czy człowiek może umrzeć wyłącznie w wyniku tego, że zbierze się trzech innych ludzi i złoży trzy podpisy na odpowiednim formularzu? Jeżeli wierzy się w magię, to być może tak, ale zwykle tak się nie dzieje.

 

Ludzie umierają dlatego, że dochodzi do zatrzymania krążenia, krew przestaje płynąć, a po jakimś czasie – w zwykłej temperaturze jest to pomiędzy 20 a  30 minut – można mówić o śmierci  organizmu. Jeśli zaś zmiany są nieodwracalne wtedy nie można już dokonać skutecznej resuscytacji. Wtedy też wiemy, że człowiek umarł.

 

Są różne teorie na ten temat, ale na razie nie potrafimy inaczej stwierdzić śmierci człowieka, czyli w sposób możliwy do wychwycenia uznać, że dusza w tym konkretnie momencie opuszcza ciało. Na razie jedyna pewna, stosowana od wieków  metoda orzeczenia zgonu opiera się na wiedzy, że człowiek przestaje żyć po pewnym czasie od zatrzymania akcji serca.

 

Śmierć mózgowa to natomiast posiadające moc prawną stwierdzenie, że człowiek pozostający w głębokiej śpiączce połączonej z bezdechem nie rokuje szansy na wyleczenie, w związku z czym możemy uznać go za martwego. Taką właśnie propozycję zawarto w Dokumencie Harwardzkim w 1968 roku i taka jest rzeczywista logika takiego orzecznictwa. W momencie orzeczenia śmierci mózgowej człowiek przestaje być pacjentem, pełnoprawnym obywatelem, staje się natomiast „zwłokami z bijącym sercem”, od których można pobierać narządy. Jest to konwencja, śmierć w znaczeniu społecznym, a nie biologicznym czy nawet psychologicznym. Naukowcy, którzy zajmują się tym problemem (i ja do nich należę) twierdzą natomiast, iż człowiek może zachować odczuwanie bólu oraz pewien stan świadomości.

 

W jaki sposób zatem doszło do ustanowienia takiego kryterium orzekania śmierci?

 

- Tylko jeden pan profesor Jan Talar zrehabilitował około dwustu osób, o których mówiono rodzinom, że w ich przypadkach nic już się nie da zrobić i trzeba wyrazić zgodę na pobranie narządów. Profesor zajmował się mniej więcej dwustu  pacjentami w takim stanie, spośród których wielu przywrócił do pełnej bądź choćby tylko częściowej sprawności. Nie twierdzę, że przeprowadzono wobec nich wszystkich procedury stwierdzenia śmierci mózgowej. Samo wchodzące w skład tych procedur tzw. badanie bezdechu tak bardzo uszkadza mózg, że niezwykle utrudnia – o ile nie całkowicie uniemożliwia - dalszą rehabilitację. Polega ono na odłączeniu respiratora na dziesięć minut i powoduje załamanie krążenia krwi w mózgu, czyli, jak mówi prof. Coimbra zajmujący się tym problemem od wielu lat: uszkadzamy mózg po to, żeby stwierdzić, iż jest uszkodzony.

 

O takiej postawie decyduje totalny utylitaryzm zakorzeniony w głowach członków komisji harwardzkiej, która orzekła, iż mamy pewną grupę chorych, znajdujących się w stanie tzw. przedłużonej śpiączki, a nie leczonych na oddziałach intensywnej terapii, zaś z drugiej strony, potrzebujemy narządów do przeszczepów. Żeby rozwiązać tę sprawę, sformułowano dla komisji cel: naszym celem jest uznanie nieodwracalnej śpiączki za śmierć człowieka.

 

W medycynie do odkryć naukowych dochodzi się poprzez badania, eksperymenty na grupach chorych, poprzez wielokrotne weryfikacje wyników. Odkrycia, jak we wszystkich naukach empirycznych, podlegają tez falsyfikacji. Gdyby chociaż jeden przypadek zaprzeczał jakiejś teorii, przesądza to o jej obaleniu. W tym przypadku żadna weryfikacja nie nastąpiła, po prostu zadekretowano, że tacy ludzie są martwi. Natomiast pojawiające się raz po raz przypadki, że któryś kolejny chory, już po orzeczeniu jego śmierci otwiera oczy, na przykład tuż przed pobraniem narządów, nadal nie falsyfikują tej teorii, wbrew wszelkim zasadom. Jest to po prostu pseudonauka.

 

Czym różni się śpiączka od śmierci mózgowej?

 

- Śmierć mózgową orzeka się po stwierdzeniu u pacjenta śpiączki połączonej z bezdechem. Przeprowadza się badania odruchów w obrębie głowy. Brak reakcji bólowej, brak odruchów  oraz brak reakcji na wstrzyknięcie zimnej wody do ucha to jest mniej więcej to, co lekarz musi przeprowadzić. Drugim etapem jest badanie bezdechu, czyli wyłączenie respiratora na określony okres, w niektórych krajach dwie, trzy minuty, pięć, a w Polsce dziesięć. W opinii wielu specjalistów może to doprowadzić do śmierci badanego, a w żadnym wypadku nie służy jego interesowi, jest więc niezgodne z zasadami etycznymi.

 

Czyli nie przesłanki racjonalne, ale interesy stoją za tym procederem. O co toczy się gra?

 

­ - Interesy, ale też i hasło, które wielu „kupiło”: że śmierć dawcy nie jest taka zwykła, jak w przypadku innych ludzi, bo przecież pomagamy tylu innym. Uważam, że nie należy nigdy poświęcać życia jednego człowieka dla dobra innego, co jest zasadą ogólną płynącą z tradycji chrześcijańskiej, z nauczania Kościoła, ze świętości życia oraz wymogu jego poszanowania od momentu poczęcia do naturalnej śmierci. Podczas pobrania narządów śmierć jest mocno nienaturalna. Polega na przecięciu powłok od mostka do spojenia łonowego, bez znieczulenia, tylko z podaniem środków zwiotczających mięśnie i pobraniu narządów... Czyli człowiek może odczuwać niezwykły wprost ból. Gdy w tle toczy się dyskusja o zabijaniu zwierząt, pomijanie milczeniem kwestii zabijania ludzi wydaje mi się przedziwną sprawą.

 

Które spośród znanych przypadków śmierci mózgowej najbardziej zapadły Ojcu w pamięć?

 

- Powiem o dwóch przypadkach, w których dopełniono już wszelkich formalności umożliwiających pobranie narządów. Za granicą ukazało się w ostatnich latach wiele publikacji dotyczących Zachariasza Dunlopa, który spadł z quada a lekarze orzekli, że już nie żyje. Rodzinie pokazywano fotografie i wyniki badań mające świadczyć, iż jego mózg już praktycznie nie istnieje, wszystko tam jest już martwe. W trakcie pogrzebu Dunlopa dwoje jego kuzynów-pielęgniarzy zauważyło jednak na ciele „zmarłego” pewne reakcje bólowe. Zbadali go i stwierdzili, że mężczyzna w rzeczywistości żyje. Po rehabilitacji, upływie kilku zaledwie miesięcy Dunlop wrócił do swojej miejscowości. Z kolei pani Thomas również wybudziła się na kilka godzin przed pobraniem narządów, gdy już wszystko było przygotowane do przeprowadzenia operacji. 

 

Te przykłady to zaledwie czubek góry lodowej. Ogromna większość w ogóle nie przedostaje się do mediów.

 

Jak ocenia Ojciec stan świadomości społecznej? Toczy się szeroka kampania na rzecz pobierania narządów, w pewnym momencie włączył się do niej, niestety, także Kościół, który przecież ze swojej istoty stoi na straży życia.

 

- Nie cały Kościół, ale niektórzy księża i biskupi. Natomiast osobiście znam grupę lekarzy, którzy jako ludzie wierzący, a równocześnie specjaliści w tej dziedzinie walczą w ramach Papieskiej Akademii Pro Vita, na uniwersytetach, na konferencjach, by Kościół wreszcie zmierzył się z tym tematem. Papież Benedykt XVI napisał, że narządy można pobierać wyłącznie od osób „rzeczywiście zmarłych” i w ani jednym miejscu nie stwierdził, iż rzeczywistą śmiercią człowieka jest śmierć mózgowa. Powoływanie się zatem na podpisany przez Jana Pawła II w 2000 r. dokument mówiący iż „wydaje się”, że śmierć mózgową można uznać za rzeczywisty zgon, jest zatem nieuprawnione. Od tego czasu jesteśmy już na innym etapie w medycynie czy bioetyce i  formułując opinię Kościoła warto brać to pod uwagę.

 

Wydaje mi się, że jak na razie przeważa propaganda na rzecz transplantologii, natomiast realnej dyskusji obserwujemy bardzo niewiele. Ogół opinii społecznej jest zdezorientowany co do tego problemu. Niemniej w krajach zachodnich zaobserwować można znacznie większą otwartość na dyskusję. Nieufność ludzi jest też tam dużo większa. Ten fakt przyczynił się do tego, że większość przeszczepów najczęściej pobieranego organu – nerki - pochodzi od dawców żyjących  i normalnie funkcjonujących (jak znany w Polsce bokser Przemysław Saleta, który oddał swoją nerkę córce), nie zaś po stwierdzeniu śmierci mózgowej.

Odnośnie społecznej świadomości – miałem raz spotkanie ze studentami późniejszych roczników Uniwersytetu Medycznego w Warszawie, którzy bardzo mało wiedzieli na ten temat. Mówi się z reguły studentom na zajęciach pewne ogólniki, nie wchodząc w szczegóły.

 

Jednym z podstawowych problemów związanych z transplantacjami jest zasada domniemanej zgody dawcy. Człowiek, który nie zgłosił się do Centralnego Rejestru Sprzeciwów w Warszawie (formularz znajduje się na stronie internetowej PolTransplantu – każdy powinien go pobrać, wypełnić i wysłać listem zwykłym bądź poleconym) jest traktowany jako ten, który zgadza się na pobranie narządów. Jest to, moim zdaniem kategoria prawna, która powinna zostać usunięta.

 

Procedury stosowane w medycynie ciągle są nastawione na pobieranie narządów, a nie na ratowanie życia chorych, najczęściej ofiar wypadków komunikacyjnych. Potrzebny jest nacisk społeczny, ponieważ o aktualnym stanie prawnym zdecydował Sejm i jego komisje, które wprowadziły sprzeczną z zasadami nauki definicję śmierci, a także towarzyszące jej zasady postępowania personelu medycznego. Ciągle nie ma otwartej dyskusji na ten temat, a wśród lekarzy panuje niechęć do zabierania głosu ze względu na wiążący się z tym ostracyzm.

 

Uświadamianie tego, czym jest śmierć mózgowa nie jest jednak akcją przeciwko komukolwiek, przeciwko transplantologii, ale wołaniem o sprawiedliwe postępowanie wobec wszystkich chorych, których powinniśmy leczyć, także tych z uszkodzeniem mózgu. Jeśli możliwe jest dokonywanie przeszczepów z przyczyn etycznych, wolno nam je robić.

 

Transplantacje wiążą się z ogromnym biznesem. Czy to jego lobbing wywołał milczenie na ten temat?

 

- Biznes na pewno jest wielki. Po przeszczepach zużywa się ogromne ilości leków, m.in. immunosupresyjnych. Biorca cały czas, do końca życia musi zażywać medykamenty, nie jest to już człowiek zdrowy. Na pewno więc zainteresowane są tą grupą docelową firmy farmaceutyczne, bowiem w krajach Unii Europejskiej pacjent po przeszczepie kupuje leki warte kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie! Jest to pieniądz, po który warto się schylić. A skoro firmy farmaceutyczne są jednym z głównych reklamodawców, to wiadomo, że media nie będą sobie pozwalały na lansowanie treści, których nie życzy sobie sponsor. 

 

Niedawno ukazała się Ojca książka pt. „Człowiek umiera tylko raz”, już druga na temat, o którym rozmawiamy.

 

- Pierwsza („Medycyna na krawędzi”, Polwen 2011) miała charakter bardziej naukowy. Uważałem, że trzeba najpierw z takiego właśnie punktu widzenia pokazać i przedyskutować ten problem. Druga, wydana ostatnio, trochę szerzej mówi o sprawach etycznych, ale ogólnie rzecz biorąc, jest bardziej skrótowa i przystępniejsza. Przeznaczona do szerszego kręgu osób, niekoniecznie specjalistów w tych dziedzinach, zawiera natomiast wszystkie podstawowe informacje. Przytaczam też np. stanowisko  powołanej przy prezydencie Stanów Zjednoczonych komisji, zalecającej wycofanie się z używania terminu śmierci mózgowej. Komisja zburzyła fundamenty wcześniejszej propagandy uznając, że przynajmniej w niektórych przypadkach przed pobraniem narządów nie dochodzi do biologicznej śmierci dawców. To krok w dobrą stronę.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiał Roman Motoła

 

 

 

Człowiek umiera tylko raz. Mało znane fakty dotyczące śpiączki, stanu wegetatywnego i śmierci mózgowej. Wyd. Thaurus, Warszawa 2013.